Następny dzień, godz. 6.01.
Do domu chłopaków przyszłam minutę po 6.00. Zdjęłam buty, które obtarły mi stopy. Dlatego zawsze kiedy je zakładam naklejam plaster, żeby nie chodzić, jak to mówią, jak kaleka. Skierowałam się do swojego pokoju. Otwieram drzwi, wychylam się, a tam Louis. Siedzi bokiem do drzwi na brzegu łóżka i gapi się w ścianę, przy tym nerwowo bawił się palcami u rąk. Weszłam dalej i stanęłam obok niego. Chyba niewidział bo wciąż siedział niewzruszony. Usiadłam obok tak, że dotykaliśmy się ramionami. Wtedy chyba się zczaił, że ktoś tu jeszce jest.
-Boże, już jesteś - widocznie kamień spadł mu z serca. - Wiesz, jak ja się martwiłem?
-Tak?
-No. Zayn to już z wielką trudnością. Nie mógł chwili usiedzieć spokojnie. Cudem zasnął, tylko że musiał wziąć jakieś tabletki na sen, które też z oczątku nie pomagały.
-A ty? Długo nie śpisz?
-Całą noc. Siedziałem u siebie do jakiejś 23:00. Tak się martwiłem, że ciągle do ciebie dzwoniłem. Za każdym razem poczta głosowa. Około północy przyszedłem tutaj i tak siedzę i czekam, aż przyjdziesz. Już myślałem, że coś ci się stało.
-Nie potrzebnie. Nic mi nie jest. Może poza tym, że nogi marzły mi w szpilkach na paski i bluzy, przy 5'C.
-Mogę wiedzieć co się stalo?
-Kiedyś ci powiem. Wyszłam, a może raczej wybiegłam, żeby pobyć chwilę sama ze sobą.
-Jasne, rozumiem. - Chwila milczenia. - Bo ja... muszę ci coś jeszcze powiedzieć...
-O co chodzi?
-Nie wiem jak to powiedzieć... Czy ty no...
-Tak Louis, umówię sie z tobą
-Ale ską wiedziałaś, że chciałem oto zapytać? - zdziwił się.
-Zacząłeś od "Bo ja muszę ci coś powiedzieć...". To mówi samo za siebie - uśmiechnęłam się.
-No to widzę, że nie ma co się z tobą kłucić - zrobił to samo.
Oparliśmy się o zagłówek łóżka i zaczęliśmy gadać. Louis opowiadał mi o sobie, a ja zrewanżowałam się. W żadnym momencie krótkiego strzeszczenia mojego życia nie poczułam smutku. No oprócz śmierci mamy. Żadnych emocji nie wzbudziło we mnie to, kiedy opowiadałam o Patryku. Kompletnie żadne. Ten człowiek to tylko przeszłość, nic więcej. Potem spytałam Louis'a co woli: Real Madryt czy FC Barcelonę. Odpowiedział "Real Madryt na zawsze". Czyli kochamy ten sam klub. Nieźle. Oparłam swoją głowę na jego ramieniu. Louis po chwili mnie objął i przysunął do siebie tak, że czułam jego perfumy. Co ja na to poradzę. Uwielbiam męskie perfumy. Powieki same zaczęły mi się zamykać. Ledwo słyszałam co mówił Louis. Po pewnym czasie moje powieki stały się tak ciężkie, że nie byłam w stanie ich otworzyć. Wtedy chyba zasnęłam.
~.~Godzina 13.00~.~
Obudziłam się wtulona w Louis'a. Obruciłam głowę na drugi bok. Gdy zobaczył moją twarz od razu się uśmiechnął. Jaki on ma słodki usmiech. Odgarnął mi włosy z twarzy po czym powiedział:
-Cześć, jak się spało?
-Mi dobrze, a tobie? - spytałam.
-Mi też. A wiesz czemu?
-Nie - odpowiedziałam.
-Bo mam ciebie. Kocham cię - powiedział nieco ciszej. Powiedział mi to wprost i w oczy. Mam więc pewność, że to szczere słowa.
-Ty musisz czytać mi w myślach? - spytałam takim tonem jakbym mówiła: "Czytasz mi w myślach". Dobre, nie? Wstałam i podeszłam do szafy, by wybrać rzeczy na dzisiaj. Stanęłam przed nią i otworzyłam. Nie miałam pojęcia w co się ubrać. Czułam na sobie spojrzenie Louis'a. Chwilę nie zwracałam na to uwagi, a raczej próbowałam. W końcu popatrzyłam na niego. Patrzył na mnie z uśmiechem.
-Delemat? Nie wiesz w co się ubrać - spytał. Jakby nie wiedział, że tak jest.
-Tak, niestety. Odwieczny delemat kobiety - zaśmiałam się pod nosem. Louis wstał i podszedł do mnie. Spojrzał we wnętrze przestronnej szafy i po chwili zastanowienia coś z niej wyciągnął. Zestaw, który mi podał to: czarne legginsy i żółta tunika na długi rękaw. Zdziwiłam się. Ja zawsze nie wiem co założyć, a on chwila i już. Zaczynam się zastanawiać czy to na prawdę jest człowiek.
-Weź do tego jeszcze kozaki i jakąś czarną torbę i jest okej - powiedział z uśmiechem, który przez czas kiedy się obudziłam nie schodził mu z twarzy.
-Okej, dzięki. A tak ogółem to dlaczego mam być taka elegancka?
-Przecież dzisiaj mamy randkę
-To o której?
-Po śniadaniu cię gdzieś zabieram
-To już? Myślałam, że trochę później
-Widać nie
-Dobra, to ja idę się przebrać
-To ja poczekam - oznajmił.
-Jak sobie chcesz - powiedziałam i poszłam do łazienki. Ten pokój ma pełne wyposażenie. Jee.
Kiedy wyszłam zastałam Louis'a siedzącego na łóżku i bawiącego się telefonem. Jednak kiedy tylko otworzyłam drzwi od łazienki wyłączył komórkę i podszedł do mnie.
-Pięknie wyglądasz
-Ty też w dżinsach i podkoszulce - powiedziałam z uśmiechem. - Nie wyglądałabym tak ładnie, gdyby nie ty
-Tutaj żadna moja zasługa. Ładnemu we wszystkim ładnie
-Gdybym tylko była ładna to bym ci uwierzyła
-No dobra. Nie jesteś ładna. Jesteś piękna. I nie próbuj zaprzeczać
-Widzę, że nie ma co się z tobą kłócić - powiedziałam wzdychając. Udawanie znudzonej mi nie wyszło bo oboje wybuchnęliśmy śmiechem.
-Może pójdziemy coś zjeźć?
Pokiwałam głową na "tak" i zeszliśmy na dół. Louis kazał mi usiąść przy stole, podczas gdy on będzie przygotowywał śniadanie. Siedziałam i patrzyłam na niego. Co jakiś czas odwracał się do mnie i się uśmiechał. Z resztą jak zawsze. Wiecznie uśmiechnięty. Muszę to sobie zapamiętać. Zaczęliśmy jeść. Nie mam pojęcia jak nazywało się to danie, ale było nieziemskie. Potem Louis poszedł do siebie by się ogarnąć. Ja z braku zajęcia poszłąm do swojego pokoju i użyłam perfum Justina Biebera "Girlfriend", które Marta kupiła mi będąc na zakupach, podczas gdy ja byłam chora. Zrobiłam porządek z moimi włosami. Wyczesałam je, spryskałam lakierem do włosów i przerzuciłam na jeden bok przez ramie. Wyszłam z łazienki i wyciągnęłam małą torebkę w kolorze jasnego brązu i włożyłam do niej telefon, chusteczki i błyszczyk. Tradycyjnie i nic więcej. Usłyszałam pukanie do drzwi. To pewnie Louis. Przewiesiłam torebkę przez ramie i otworzyłam drzwi. Stał w nich Louis. Miał na sobie czarne rurki, białą koszulę, marynarkę i trampki.
-Idziemy? - spytał uśmiechając się.
-Tak - odpowiedziałam mu tym samym. Wyszliśmy z domu i znowu się odezwałam. - Teraz mogę ci się zrewanżować. Świetnie wyglądasz - uśmiechnęłam się.
-A dziękuję. Wiem, że już ci mówiłem, ale pięknie wyglądasz
-W końcu mówiłeś, że ładnemu we wszystkim ładnie - zaśmiałam się.
-A no tak. Mam trochę krótką pamięć, ale przy tobie zawsze się zapominam. Trochę się zarumieniłam. Dawno tego nie słyszałam. Spojrzałam w jego oczy, a on popatrzył w moje. Lekko się uśmiechnęłam i spuściłam głowę, ale po chwili ją podniosłam.
-Powiesz mi gdzie idziemy? - zapytałam z nadzieją, że mi powie.
-Widzisz tamtą restaurację? - pokazał głową lokal. Spojrzałam w tamtą stronę i zobaczyłam ten budynek, w którym załatwiłam sobie występ podczas mojej nieobecności.
-No widzę - odpowiedziałam.
-Więc tam idziemy - powiedział z uśmiechem.
-A wiesz ty co? - spytałam. - Dziś wieczorem tu występuję
-Tak? No to gratuluję - powiedział z uznaniem na co się roześmiałam, a on chwilę po mnie. No to chyba nie będę się z nim nudzić. Doszliśmy do lokalu, a Louis otworzył przede mną drzwi. Cóż za gentelman. Zajęliśmy jeden z wolnych stolików, a Louis zamówił. Dziwny z niego człowiek. Wiedział na co mam ochotę. Potem poszliśmy na długi spacer po Londynie. Dosłownie długi. Występ mam o 19.00, a powrót do domu zaczęliśmy o 18.20. Znając moje szczęście będę długo się szykować, ale z dojazdem nie ma problemu. Chłopaki też jadą. Gdyby nie to byłabym skazana na autobus. Weszliśmy do domu, przywitaliśmy się z resztą, a ja pobiegłam do siebie by się przygotować. Restauracja była elegancka. Klienci musieli być odpowiednio ubrani, a osoby występujące bardzo szykownie i elegancko. Wybrałam: długą, fioletową zwiewną suienkę, czarne lekkie szpilki na pasek, kolczyki z fioletowym brylancikiem i wisiorek z motywem serca. Zrobiłam delikatny makijaż, a włosy lekko podkręciłam. Zaraz po zakończeniu ktoś zapukał do drzwi. Otworzyłam je i ujrzałam w nich Louisa.
-Gotowa? - spytał.
-Tak - odpowiedziałam.
-Ślicznie wyglądasz, z resztą jak zawsze - powiedział i pocałował mnie.
-Dzięki, ty też niczego sobie - zaśmiałam się pod nosem i ruszyliśmy do samochodu.
-Chłopaki już są w samochodzie? - spytałam.
-Tak, tylko nas brakuje - zaśmiał się. Mamy 10 minut. Niby zwykły występ w jakiejś restauracji, a stres niesamowity. Kiedy dojechaliśmy od razu skierowałam się na scenę elegancko ozdobioną, tak jak cały lokal. Na niej stała już orkiestra uzgadniająca ostatnie szczegóły. Trzech młodych mężczyzn, dwóch - gitary, następny - perkusja. A ja - piękny czarny fortepian. Wybrałam repertuar: Sylwia Grzeszczak - Małe rzeczy. Nastała cisza, którą przerwały ciche dźwięki fortepianu. Koniec uznałam za udany, gdyż po zakończeniu piosenki zabrzmiało klaskanie całej sali. Poczułam ogromnie szczęście. Z ludźmi z orkiestry wzięliśmy się za ręce i ukłoniliśmy. Zeszłam ze sceny i podeszłam do chłopaków stojących niedaleko.
-Świetny występ - powiedzieli.
-Chyba mamy konkurencję - zaśmiał się Harry.
Gadaliśmy jeszcze chwile przed wyjściem z lokalu. Zebrałam kilka komplementów typu: "Śweitny wolak", "Piękna gra". Podziękowałam każdemu i wróciliśmy do samochodu i odjechaliśmy do domu. Przebrałam się w piżamę składającą się z krótkich spodenek w hawajskie kwiaty i koszulki z napisem "I LOVE SLEEP <3" i położyłam się do łóżka. Dzisiejszy dzień zaliczam do udanych.
___________________________________
Joł, joł, joł ;) Następny rozdział jest ;D Podoba się? Siadłam przed komputerem, a słowa same przyszły ;D No to tyle. Pozdrawiam Król Julian ;D
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz